Kości?

Jakie kości?

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Warcraft IV v1.1- oto nazwa nieoficjalnego patchu do Warcrafta III, dostępnego za free na necie. Patch ten o dziwo, jak na tak mały plik wnosi do rozgrywki całkiem wiele. W paczce do ściągnięcia otrzymujemy: Plik WarcraftPatch którym należy zamienić oryginał w folderze z grą, 3 mapy specjalnie przystosowane do nowej rozgrywki, installer hamachi potrzebny do rozgrywki sieciowej i treściwą instrukcję. Po spatchowaniu (a tak naprawdę tylko podmienieniu plików) otrzymujemy:
-nowe grafiki dla jednostek i budynków
-system levelowania podstawowych jednostek (np: piechur zmienia się w kapitana, ten zaś w Royal Cpt.)
-Nowe skille i upgrade’y, np: Flaming arrows dla Kuszników (dawni strzelcy po ulepszeniu).
-Zmieniony czas tworzenia budynków i jednostek.
„Warcraft 4” wnosi jedną naprawdę fajną zmianę: rozgrywka zdecydowanie nabiera tempa. Dzięki skróceniu czasu trwania szkolenia, budowania i wydobywania surowców nie ma nawet chwili wytchnienia, przez co wytworzenie w pełni ulepszonej armii trwa mniej niż 15 minut!
Poświęciłem w4 troszkę czasu który bardzo miło spędziłem, jednakże pozostanę chyba przy pierwotnej wersji W3.
22.12.2010 o godz. 16:51
Automat arcade zamknięty w game boyu- to pomyślałem sobie przy pierwszym kontakcie z grą parę lat temu. O ile na konsolach gry typu Contra i Metal Slug były łatwe do zaadoptowania przez gracza, tak w CT Special Forces od początku do końca czuć automatem.
Pierwszym i chyba najbardziej dobitnym tego dowodem jest brak możliwości save’owania. Zamiast tego w menu jest specjalne okienko na kody, które wyświetlają się odpowiednio na każym levelu do którego dojdziemy. Do tej gry niezbędny jest długopis i kartka papieru.
Formuła rozgrywki to przemieszczanie się anty-terrorystą po różnorakim otoczeniu mając na celu wykonywanie różnorakich misji. Do dyspozycji mamy różne typy broni maszynowej, granaty, pistolet, miotacz ognia a dla urozmaicenia nawet w wybranych momentach snajperkę. Niby nic specjalnego, ale dzięki wspomnianej przeze mnie „automatowej” formule strzelanie daje dużo radochy.
Grafika- przeskalowana, rozmazana, niespecjalna ale płynna. Całkiem przyjemna dla oka- zwłaszcza postać kierowana przez gracza.
Muzyka klimatyczna, dopasowana, podobnie jak dźwięki- od odgłosów broni po krzyki przeciwników w trakcie umierania.
Ogółem gra jest bardzo miła i przyjemna, a smaczku dodaje jej fakt że postać ginie już po załapaniu kilku hitów. Każdy przeciwnik jest umiejscowiony z sensem, przez co przejście gry bez straty przynajmniej kilku żyć wydaje się bardzo ciężkim zadaniem. Polecam!
19.11.2010 o godz. 12:12
Każdy zaznajomiony choć trochę z tematem gracz kojarzy serię Dynasty Warriors. Wcielamy się w nim w wojownika chodzącego po zamkniętych obszarach wyrzynającego nie raz po kilkuset wrogów różnorodnymi kombosami. Warto dodać, że choć grafika jest ładna, nie wygląda to efektownie. Dobra- no ale to na dużych konsolach.
DS nie jest zaawansowany technicznie, przez co twórcy musieli wydać na niego dużo, dużo skromniejszą edycję. Mechanizm rozgrywki pozostał niezmieniony: nadal siekamy kogo tylko popadnie, przedzierając się przez kolejne sektory pola bitwy.
Postaci do wyboru są trzy: osiłek, zbalansowany samuraj oraz wojownik wyposażony 2 ostrza z nastawieniem na agility. Każde z nich ma do dyspozycji 2 ataki zwykłe (oba wystawiają na ciosy więc tak naprawdę nie ma różnicy którego się użyje), z których jeden jest aktywowany jednym kliknięciem wyprowadzającym całą serię ciosów którymi nie można kierować! To zawsze kończy się oberwaniem od przeciwnika stojącego z boku.
Ataki specjalne to dostępny za "punkty młócki" atak przeprowadzany aż do spalenia całej many, bardzo mocny i kontrolowany przez gracza. Drugi zaś jest dość słaby, gdyż znajdźki aktywujące dostępne na mapie dają nam do wyboru tylko trzęsienie ziemi bądź rąbnięcie czymś dużym w miejsce w którym przed chwilą staliśmy. To drugie jest prawie bezużyteczne.
Grafika jak na ds-a jest... przeciętna. Ilość pikseli na ekranie nie poraża, aczkolwiek miło się ogląda widzianego z 3 perspektywy (na dodatek z góry i pod kątem) ludzika który bije po ryjach inne ludziki. Sprawa nie gorzej wygląda w menusach, które są konkretne i rzeczowe.
Muzyka nie jest najsłabszą stroną tej gry, aczkolwiek nie jest doskonała. Cóż by więcej o niej nie mówić- średniak.
Fabuła tutaj praktycznie nie istnieje. A przydałaby się, żeby urozmaicić młóckę która zaczyna się nudzić już po kilkudziesięciu minutach granie (i to tylko jeżeli lubi się takie klimaty). Ot, jeden wojownik wygraża drugiemu że go zniszczy. I to niekoniecznie bezpośrednio, tylko zajmując jego sztab. Beznadziejny pomysł.
Ogółem gra nie jest warta ani polecenia ani odradzenia. Fani serii będą zawiedzeni, aczkolwiek reszta- można zagrać.


16.11.2010 o godz. 20:51
Co do jednego nie ma wątpliwości: God of war to gra kultowa. Niezależnie od części i platformy na której się ukazuje, odnosi zasłużony sukces. Dziwnym trafem się złożyło, że gram w serię nie po kolei, ale to -o dziwo- wcale nie przeszkadza w cieszeniu się tą genialną grą.
Ghost of Sparta wyciska z przenośnej konsolki sony co tylko możliwe- a tak przynajmniej twierdzą twórcy. Osobiście nie mogę się z tym nie zgodzić. Zacznijmy od grafiki- Nie jest ona może lepsza od wersji na ps2, jednakże nie ulega wątpliwości- każdy piksel z wyświetlacza psp jest tu idealnie zaplanowanie wykorzystany. Efektowne akcje, widoki w tle (to zwłaszcza podczas przechodzenia od jednego pola bitwy do drugiego), ściany, przeciwnicy, i w końcu sam Kratos- wszystko to wykonane jest po prostu genialnie. Jakby tego było mało, poprzetykane jest przerywnikami filmowymi, które nadają się do wyświetlenia w kinie, jako jedna z lepszych animacji. W tym miejscu teoretycznie powinno paść: "no dobra, koniec zachwycania się(...)", ale zdecydowanie nie padnie! Muzyka: jest genialna, nastrojowa, klimatyczna, rytmiczna... Czy coś można o niej jeszcze powiedzieć? Sądzę że to wystarczy. Podobnie jest z idealnie odwzorowanymi dźwiękami otoczenia. Silnik gry jest bardzo dokładny- nigdy nie zdarzy się, żeby ostrze "wyleciało" poza mapę, albo "stójka" na niewidzialnej ścianie. Swietnie obsługuje tez broń- także tą magiczną (dla niewiedzących- każdy typ broni można "podciągać" za zdobyte "soul points", a życie i manę [a także fire points] za specjalne znajdźki). Rozpierducha wygląda niezwykle efektownie. Na wytrwałych czekają bonusy do odblokowania za soul points, które można w dość szybki sposób nabijać na arenie. Ci najwytrwalsi będą jak zwykle popisywać się na internecie ukończeniem gry na Godzie ;). Fabuła jest wciągająca, na zasadzie: chcę więcej!- po skończeniu gry. Rozgrywa się niedługo przed postanowieniem przez Kratosa o obaleniu bogów, a opowiada o tym, że brat Ducha Sparty jednak żyje.
Na tym zakończę ten tekst, mimo że o samej grze, nie tylko o sadze można powiedzieć jeszcze dużo,dużo,dużo więcej. Wniosek jest jeden i jest prosty: Jesteś posiadaczem PSP? Dopóki nie zagrasz w God of Wara, nie poznasz tego co ta konsolka naprawdę potrafi. Na niedowiarków czeka demo.


15.11.2010 o godz. 21:33
Baldur's Gate na PS2 to chyba najlepsza dostępna na tą konsolę gra cRPG. Co do innych platform nie daję dużych szans (kojarzycie diablo?). Cóż - co tu się dużo rozpisywać- grę zaczynamy od wybrania naszego bohatera. Do dyspozycji standardowo: jakiśtam osiłek, monk, cleric, krasnoludzki inżynier (taki scout) i nekromanta. Każda z tych postaci wygląda po prostu niewiarygodnie dobrze! Dobrze, że można przybliżyć kamerę, bo postać aż chce się oglądać. Na jej wygląd nie możemy wpłynąć, oczywiście pomijając pancerz i oręż, których to jest całe mnóstwo. Od beznadziejnych po takich, którymi skosimy bosów 3-ma hitami. Skoro już wymieniłem liczbę 3- do szybkiej dyspozycji są maksymalnie 3 bronie jednocześnie- jedna broń strzelecka, jedna broń oburęczna i zestaw miecz-tarcza. Na ogół najlepiej sprawuje się to trzecie rozwiązanie, choć Nekromantą najlepiej jest "walczyć" bez broni ;). Każda postać ma swoje, niepowtarzalne drzewko umiejętności, w którym rozdysponowujemy punkty lvl, których z czasem przybywa coraz więcej (względem zdobywanych poziomów). Im więcej pakujemy w jedną zdolność, tym staje się ona droższa, więc zamiast odkładać, warto rozdysponować punkty w różne pasywne bonusy. Z gry będziemy korzystać w wydzielonych dungeonach (Otwarta przestrzeń? Że co? Labirynt!), od których po pewnym czasie może się zrobić niedobrze, są tak monotonne. Sprawę powinna ratować klimatyczna muzyka, ale nudzi się już po 10 minutach. Przynajmniej do odgłosów otoczenia nie mogę się przyczepić.Nie jest tak źle biorąc pod uwagę, że w danym dungeonie nie spędzimy więcej niż kilkadziesiąt minut- to całkiem przyzwoicie. Co najważniejsze- w grze jest co-op dla 2ch osób! To sprawia że gra jest jeszcze bardziej miodna. Cóż- osobiście nawet bez tego miło spędziłem z nią niezły kawałek czasu. Zdecydowanie polecam!


15.11.2010 o godz. 20:52
Będąc ciekawym jakości nowych produkcji, odpaliłem na swoim "Ceramic White" demka trzech świetnie zapowiadających się produkcji. Co mogę o nich powiedzieć? Będzie Grubo.

Pierwszym demkiem była japońska gra w przygotowaniu do rozwinięcia serii- Monster Hunter 3rd. Dostępne jest niestety tylko kilka postaci i dwie mapki, jednakże to wystarczy by zobaczyć różnicę względem poprzednich części. Grafika prezentuje się świetnie, zwłaszcza wykonanie sylwetki bohatera. Otoczeniu również nie można nic zarzucić. Muzyka jest jak zawsze- klimatyczna i nastrojowa, a dźwięki świetnie dopasowane. Największą zmianą w rozgrywce są według mnie towarzysze (koty) którzy idą z nami nawet "w ogień". Są bardzo przydatni, biorąc pod uwagę fakt że możemy im wybrać klasę.



Drugim demkiem było demko God of War: Ghost of Sparta. Ta gra wyciśnie z psp wszystko, co tylko możliwe. Mechanizm walki zbytnio się nie zmienił, dostajemy za to kilka nowych broni do wykorzystania. Co powiecie na zestaw tarcza+włócznia którą można nieskończenie rzucać? Albo maska rażąca przeciwników "prądem"? To wszystko wygląda tak efektywnie, że aż trudno powstrzymać wyrazy zachwytu (o k****!). Szkoda tylko że o fabule dowiedziałem się tyle, co nic.



Trzecim i zarazem ostatnim demem było demo Patapona 3. Nowe rytmy i podrasowana grafika to dopiero początek! Wszystko wskazuje na to, że dla wymagających wreszcie zostanie podniesiony poziom trudności! Do uzbrojenia nowe typy pataponów, z użyciem setek nowych broni. Nic, tylko połamać przyciski w przenośnej "stacji grania" ;)


16.10.2010 o godz. 13:32
Witam wszystkich. Tytuł tej recenzji jest taki a nie inny, gdyż będę recenzował osobno grę, a osobno 2 dodatki do niej
-Twierdza
-Twierdza Krucjata
-Twierdza Krucjata Extreme (nie wyszła po polsku)
Jakoś trzeba zacząć, więc zacznę od tego, że jestem wielkim fanem gier Strategicznych, o czym możecie się przekonać w niektórych z pozostałych moich recenzji. Do Strongholdu mam szczególny sentyment, jako że grałem w niego w niepamiętnych czasach z wujkiem, na "starogratnym" komputerze. Zmarnowane godziny? Nie!

Stronghold jest typowym, acz niezwykłym "krzywym" RTS-em (mapa to kwadrat obrócony o 45 stopni) z elementami gospodarczymi i strategicznymi. Pierwszy stronghold, mimo bardzo niskiej rozdzielczości i jakości grafiki wciąga jak bagno. Motywy z oblężaniem zamku (przodek dzisiejszych Tower Defence, z tymże można się było wcielić w jednostki atakujące!) czy walki z zarazą/pożarami przy jednoczesnym nękaniu wrogów wymagają dużego zmysłu strategicznego.

Przy pierwszym dodatku, a mianowicie Stronghold: Crusader zatrzymam się na dłużej, jako że, mimo bycia samodzielnym dodatkiem, krzyżowiec zasługuje na miano osobnej gry, czyli sequela podstawowego Strongholda. W walkach okraszonych świetną, dodającą nastroju i napięcia muzyką oraz dźwiękami będziemy mogli podziwiać kwiat wojaków średniowiecznych: pikinierów, halabardzistów, rycerzy/rycerzy konnych, rozrabiaków z maczugami, łuczników, a także zaopatrzonych w broń przeklętą przez papieża kuszników. Nad wszystkim będą czuwać inżynierowie zaopatrzeni w drabiny, kilofy, balisty, tarany, trebusze, i co tam jeszcze tylko może się przydać podczas oblężenia. Z drugiej strony (choć niekoniecznie) mamy wynajmowanych jedynie za złoto żołnierzy arabskich, takich jak procarze, podpalacze, assasyni czy wojownicy arabscy. Za takie jednostki przyjdzie nam oczywiście płacić drożej.
Podstawowym elementem gry jest, przy utrzymaniu gospodarki na odpowiednim poziomie i pobieraniu podatków (ludność może się zbuntować- trzeba im zapewnić w zamian za podatki odpowiednią ilość jedzenia oraz rozrywkę) zbudowanie jak najbardziej odpornego na ataki zamku, w międzyczasie nękając wroga machinami oblężniczymi i jednostkami zasięgowymi. Przeciwnik kończy swój żywot zazwyczaj po szarży odpowiednią ilością zebranych wojaków.
Gra zaopatrzona jest w bardzo dobry edytor plansz (ZBUDUJ WŁASNĄ NIEPOKONANĄ TWIERDZĘ), oraz dodające grze uroku kampanie historyczne, podczas których trzeba zniszczyć określony cel/przetrwać określoną ilość czasu. Moim osobistym faworytem jest to pierwsze, jako że podczas np. kampanii sułtańskiej, mamy do dyspozycji 150 niewolników wyposażonych wyłącznie w pochodnie przeciwko kilkudziesięciu łucznikom umieszczonym na szczelnych fortyfikacjach.
Jedynym fragmentem gry, do którego można by się przyczepić jest SI. Niezależnie od miejsca, komputery próbują zbudować się zawsze tak samo, co prawie nigdy im nie wychodzi przez znajdujące się obok składy kamienia/żelaza bądź drzewa, oraz szkolą cały czas według schematu te same jednostki. Sojusznik nigdy nie podeśle ci surowców o które sam żebra, a jak już pomoże w szturmie na przeciwnika, to tylko w okolicach 1 minuty od tego kiedy miał zrobić to sam. Nie lepiej sytuacja wygląda w Twierdzy: Krzyżowcu Extreme, o którym poniżej.

Stronghold: Crusader Extreme to nic innego jak większy, lepszy i ładniej pachnący Stronghold Crusader. Według twórców teraz na mapie może się ścierać nawet do 10 tysięcy żołnierzy, ale ja tego nie sprawdzałem i raczej nie zamierzam sprawdzić. Gra jest po prostu zepsuta. Podrasowana została grafika (nareszcie wyższa rozdzielczość) ale sam system walki został zrąbany (czy zwalony, jak kto woli). Co powiecie na to, że wróg ma niezniszczalny spawn tuż pod waszym zamkiem, koło którego to co 2 minuty pojawia się 100 wojowników? I TO CAŁKOWICIE ZA DARMO? Niby w rekompensacie za to (taa) twórcy "wcisnęli" do listy naszych możliwości (a w zasadzie stworzyli ją od 0) takie zdolności jak deszcz strzał, przywołanie 30 pijaków z maczugami, przywołanie 20 inżynierów czy deszcz kamieni z trebuszów? Niby wszystko to ma swój własny zasięg względem bazy głównej, ale ja chyba podziękuję.





02.10.2010 o godz. 17:12
Nie tak dawno temu wpadła mi w łapska (pożyczona) gra planszowa Warcraft: The Board Game. Żeby nie oceniać jej po jednej partyjce, rozegrałem kilka batalii (niestety nie specjalnie przygotowanych pod tą grę scenariuszy lecz tylko zwykłą i punktową rozgrywkę, ale o tym później) i mogę spokojnie stwierdzić, że gra planszowa jest... bardzo dobra. Batalię zaczynamy z kilkoma jednostkami do walki (maksymalnie 3 na hex), trzema budowniczymi, oraz, co oczywiste, głównym Ratuszem (Drzewem,Hallem,Salami umarłych jak kto woli), na polu którego jednostki te się znajdują. Grę rozpoczyna na ogół ruch j.d.w. na dowolne pole i dwoma z budowniczych na pola kopalni i lasu. Kolej przeciwnika - gdy przeciwnik skończy następuje koniec pierwszej fazy - fazy ruchu. Czas na użycie robotniczego który pozostał na polu bazy głównej. "Buduję" nim w mojej bazie koszary jednostek latających - pobieram z zasobów początkowych (5 drewna i złota) po 2 obu surowców jako zapłatę. Ustalam też szkolenie jednego budowniczego. Nie mam więcej ruchów, więc czekam aż przeciwnik skończy, aż następuje koniec fazy drugiej- fazy rozbudowy. Czas na fazę trzecią i ostatnią- fazę wydobywania, w której zależnie od liczby wyrzuconej na specjalnej kostce (1-3), i ilości mych peonów na polach kopalni/lasu (1 peon = 1 rzut) pobieram odpowiednią ilość drewna i złota z głównej puli. Po skończeniu tego samego ruchu przez przeciwnika następuje koniec 1 tury.

Ten krótki opis powinien przybliżyć jak wygląda rozgrywka- w następnych turach stopniowo budujemy kolejne budynki, modernizujemy typy jednostek (koszt 2&2, a wszystkie jednostki tego typu "zadają obrażenia" o inicjatywie 1 więcej. Przykładowo: bazowo szkielet zadaje obrażenia tylko przy wyrzuceniu kostką <3. Po modernizacji inicjatywa wynosi <4), i przemieszczamy naszą armię i peonków na starcia/pola wydobywcze. Grę można ukończyć na dwa sposoby- pierwotnie powinno się grać na zajmowanie pól strategicznych jednostkami aż do osiągnięcia wymaganej liczby punktów, jednakże umownie zdecydowanie wygodniej gra się na zniszczenie bazy przeciwnika. Jak? Tak jak kopalnia może się wyczerpać, a las może zostać wykarczowany - podczas wyrzucenia trójki na specjalnej kostce za 1szym razem surowiec wyczerpuje się w połowie, za 2gim całkowicie- podobnie można zrobić z ratuszem przeciwnika. Ostatnich słów kilka co do walki - odbywa się ona w "kole" wszystkich hexów sąsiadujących z polem na któym jednostki 2ch wrogich graczy zetknęły się. W walce biorą udział 3 typy jednostek - do walki wręcz, latające i strzelające- do którch produkcji potrzebne są odpowiednie koszary. Jako pierwsze w bitwie atakują jednostki strzelające, później jednostki latające (które są odporne na ataki jednostek do walki wręcz) i na szarym końcu mięsko armatnie (jdww - beznadziejny skrót).

Gra jest godna polecenia wszystkim, którzy nie mają co robić w deszczowe popołudnia. Zdecydowanie polecam!
10.09.2010 o godz. 18:51
Niedawno odświeżyłem sobie pamięć, w której "odgrzebałem" starą, dobrą, pełno-polską grę. Książę i tchórz to point and click, który opowiada o drodze księcia Galadora w jego drodze do odzyskania pamięci. Scenariusz do gry pisał Jacek Piekara słynny z cyklu książek o czarodzieju Arivaldzie, więc nie dziwią zabawne gagi i komentarze do rozwoju fabuły. A właśnie- co do Arivalda - staruszek z mocną głową będzie towarzyszył naszemu księciu w drodze do odzyskania pamięci i zdobycia sławy oraz pieniędzy. W grze przyjdzie stawić nam czoło wampirom, wilkołakom, ghulom i innym zmorom (w point and click-u? Wow!). Grafika mimo wieku wcale się nie zestarzała, miła komiksowa kreska nadal cieszy oko, mówione dialogi to istne mistrzostwo, a muzyka powinna wyczyścić niejeden konkurs ze wszystkich możliwych nagród. Grę można spokojnie przejść w kilka godzin, oczywiście jedynie pod warunkiem posiadania stosownego poradnika, bez którego głowieniu się nie będzie końca ;). Księcia i Tchórza mogę polecić bez wahania wszystkim- bez względu na upodobania. Zwłaszcza- że to gra robiona przez polskie studio.


04.09.2010 o godz. 18:34
Witam wszystkich. Po paru miesiącach nie odwiedzania tego jakże beznadziejnego bloga natchnęło mnie na opisanie gry planszowej którą nabyłem już parę miesięcy temu. Neuroshimę hex, jak samo pudełko wskazuje, zaprojektował polak - Michał Oracz. Dostał zresztą za swe dzieło nagrodę dla najlepszej gry planszowej 2007 roku, moim osobistym zdaniem słusznie. Neuroshima hex opowiada o konflikcie między 4 rasami- Hegemonią (gangsterka) , Posterunkiem (resztki porządnych ludzi) , Molochem (roboty) i Borgo (mutanty). Dla każdej z frakcji mamy odpowiednio dopasowane jednostki. Plansza do gry ma kształt przerośniętego wielokątu, z umieszczonymi w niej mniejszymi kształtami odpowiadający grze dla 2,3 bądź 4 graczy (dość praktyczne), pomiędzy którymi znajdują się pojedyncze hexy. W przeciwieństwie do gier planszowych wykorzystujących hexy, tutaj na jednym sześciokącie może znajdować się jedynie jeden żeton i nic poza tym. Gra toczy się aż do całkowitego wyniszczenia sztabu przeciwnka, którego punkty wytrzymałości zaznacza się na obwódce mapy specjalnymi symbolami. Wyróżnić można 3 typy żetonów- żetony jednostek (zdolności m.in. sieć, pancerz, atak bezpośredni bądź atak dystansowy), żetony wsparcia (aury dla wszystkich sąsiadujących sojuszniczych jednostek) i żetony akcji (służące do wyniszczania poszczególnych jednostek bądź rozpoczynania ogólnoplanszowej bitwy z udziałem wszystkich żetonów na polu walki). Wszystko wykonane jest wyjątkowo ładnie i porządnie. Gra utrzymuje dość szybkie tempto - cóż to powoduje? Ano powoduje to wytrzymałość jednostek. Najsilniejszy wojownik zadaje 3 punkty obrażeń + po 1 punkcie w 2 strony co daje nam razem 5 pkt obrażeń, zaś większość jednostek posiada jedynie 1 punkt wytrzymałości - więc po co to? Naprawdę nie wiem, za to mogę bez skłamania powiedzieć że Neuroshima to gra naprawdę przyjemna bez względu na ilość rozegranych partii.
04.09.2010 o godz. 17:57
Recenzowania gier z uniwersum warhammera ciąg dalszy. Co powiecie na turową strategię o pięknej grafice umiejscowionej na ładnie wykonanych mapach ze zniszczalnym otoczeniem polaną sosem z jednostek pochodzących z wojennego młotka? Brzmi to przynajmniej zachęcająco. Otóż w W40k Squad Command mamy za zadanie wykonywać dane cele na mapach, posługując się raptem kilkoma jednostkami pochodzącymi z gry (jednostki ludzi). Sterowanie jest intuicyjne i bardzo przystępne, więc z dowodzeniem nie ma problemów. Każda jednostka ma określone punkty akcji (zależne od jej pancerza, ciężkości broni i amunicji które dźwiga [można je regulować]) które wykorzystujemy do przemieszczania się i strzelania. Do dyspozycji każdy nasz Marine (ale także scout czy inni wojacy) ma dwie bronie: podstawową i drugą, którą możemy wybrać. Przełączanie broni podczas gry odbywa się jednym przyciskiem, tak jak kucanie które oprócz tego że kucający żołnierz porusza się wolniej pozwala unikać części pocisków przy schowaniu się za przeszkodą. No właśnie- przeszkodą. Praktycznie wszystko (ściany, beczki) co stanie nam na drodze możemy zniszczyć. Ciekawa sprawa skoro to turówka. Szkoda nieco braku jakiejś choćby najlżejszej fabuły. Na planszach wykonujemy określone cele (od „wybij wszystkich” po „zabaw się w skrytobójcę i zabij dowódcę”), jednakże to z deczka za mało. Muzyka jest przyjemna i wpada w ucho, tak jak odgłosy walki. W grze mamy dostęp do 2 widoków: mini mapy (nie możemy z niej sterować naszymi jednostkami jednakże świetnie obserwuje się z niej pole walki) i widoku standardowego. Oba wykonane świetnie, dzięki czemu nie mam praktycznie do czego się przyczepić. Polecam!






25.04.2010 o godz. 18:11
Od dość dawna w szeregach moich gier czysto komputerowych panowała stagnacja. Ciągle tylko Warcraft III (wc3 rulez) bądź CS. Tą monotonię przerwał po dłuższym czasie W40k DoW (już skrót jest długi i łamie język). Gra jest typowym RTS-em PC-towym, nie wyróżniającym się praktycznie niczym- grafika jest średnia nawet na najwyższych obrotach a postacie wyglądają jak z kloców lego. Muzyka jest dość smętna (uwaga- nie mylić z „klimatyczna”) a gameplay stoi na standardowym poziomie. Grę mogłyby ratować dwie rzeczy- fabuła i tryb multiplayer zarówno global jak i LAN. No właśnie- mogłyby jako że nie ratują. Fabuła jest niezbyt wciągająca a na dodatek krótka. Kosmiczni mariens namaczają się z orkami, chaosem i eldarami (mnie nie pytajcie, słabo znam to uniwersum) a w to wszystko autorzy próbowali wpleść jakby wątek intrygi i podstępu. Niestety – wyszło im jak cała reszta- przeciętnie. Zamiast specyficznego klimatu który chcieli uzyskać jest chaos i zamęt. Co do Multiplayera- jest nudny jak flaki Scouta smażone na oleju wyrobu Eldara w szczęce Mekaniaka w sosie wyrobu Avatara- bo w przeciwieństwie do wc3 (i znowu to porównanie) nudzi się po kilkunastu/dziesięciu potyczkach. Zero urozmaiceń. Więc co sprawia że sięgnąłem po tą grę (a w zasadzie ją pożyczyłem)? Nie wiem, ale animacje gdy jakiś większy twór pokroju Drednota Rozwala na drobne kawałeczki orka a potem wyrzuca jego ciało na kilkadziesiąt metrów są przednie. Mimo tego gra to typowy średniaczek. Nie/polecam.


Trailer jest z deka powalony- nie zwracajcie uwagi na muzykę:


24.04.2010 o godz. 21:30
Co można zrobić w pół minuty? Na przykład uratować świat- tak z nudów. Half Minute Hero rzuca nam wyzwanie- w grze wcielamy się w role Hero / Evil Lorda bądź princess, zaś naszym zadaniem jest zdążyć w ciągu 30 sekund. No dobra- ale zdążyć zrobić co?- zapytacie. Otóż w trybie Hero po świecie rozpanoszył się pewien gnom, który uczy wszystkich na lewo i prawo rzucenia zaklęcia niszczącego świat w 30 sekund. Oczywiście musimy go powstrzymać. Jak? Otóż pomoże nam w tym bogini czasu która bardzo kocha pieniądze. Tak więc cofnie dla nas czas jeśli tylko pomodlimy się przy jej posągu (dostępny w każdej wiosce) i uiścimy odpowiednią opłatę. Sama rozgrywka w wymienionym trybie polega na bieganiu po mapie (na golasa bądź ze zdobytymi podczas gry itemkami w odpowiednich sklepach), walce z przeciwnikami (lecimy na tarana – nie potrzebny nam żaden osprzęt. Od razu widać jaką brawurę wykazuje nasz bohater- w samej przepasce na biodra leci na czołowe z przerośniętym….. gluto-gremlino-ogro-trolo-przerośniętym dziwactwem. A to tylko jeden przykład) , lvl-owaniu no i wreszcie walce z ostatnim bossem. Drugi tryb, czyli evil lord można opisać bardzo krótko- chodzimy po mapach, wysyłamy potwory (3 typy- szybkie, strzelające i silne) i dobieramy je odpowiednio do typu jednostek przeciwnika. 3 tryb- princess polega na strzelaniu z lektyki do wszystkiego co się rusza podczas sprintu (ekchem- sprintu żołnierzy którzy nas niosą), dotarciu do celu i wróceniu do zamku. Oczywiście znowu musimy się zmieścić w czasie 30 sekund (i znowu istnieje opcja cofnięcia czasu na specjalnych dywanach za zarobione pieniądze). Ostatnim trybem dostępnym po przejściu wszystkich poprzednich jest tryb knight. W przeciwieństwie do poprzednich trybów tutaj naszym zadaniem jest przeżyć przez 30 sekund. Otóż pewien mag opanował zaklęcie które niszczy wszelkie zło z okolicy, jednakże jego rzucenie zajmuje mu dokładnie 30 sekund. My w tym czasie pełnimy rolę ochroniarza. Tak jak w trybie hero lecimy na „pałę”, jednakże nie przenosimy się do ekranu walki a tylko odpychamy bądź sami zostajemy odepchnięci przez przeciwnika (ostatecznym efektem jes ogłuszenie- nie da się zabić wroga). Niestety mimo nieśmiertelności przeciwników – nawet najmniejszych robaków- my giniemy i to dość szybko. Po śmierci trzeba jak najszybciej podlecieć do Sage’a (nasz mag) a on nas wskrzesi (zresztą dlatego mu służymy- wskrzesił nas po walce). Dwa ostatnie tryby to Hero 300 i hero 3, których już nie będę wam opisywał żeby nie zepsuć zabawy . Grafika w całej grze jest wykonana z raptem kilkuset Pielków, więc jest to swoisty powrót do przeszłości (przypomina mi się nieco moja pierwsza konsola- Atari 2600). Efekt jest przyjemny a gra się przednio. Z gameplayem jest różnie, jednakże na ogół jest zarąbiście. Z gry wycisnąłem dotychczas 5 godzin, więc nie tak źle jak na ten typ rozgrywki. Muzyka jest perfekcyjna (chociażby ze względu na genialne podkłady metalowe w trybie evil lord) i wpada w ucho. Nie masz jeszcze własnego egzemplarza Half Minute Hero? Leć do sklepu!



Krótki trailer obrazujący gameplay:



24.04.2010 o godz. 20:59
Oto jak nawałbym siebie w jednym zdaniem: Maniak TD. Takie krótkie a takie treściwe. Od razu gdy tylko dowiedziałem się o tak specyficznej produkcji (a sporo mi to zajęło) zacząłem w nią grać i... wciągnęła mnie. Od początku: W Pixel Junk Monsters Deluxe wcielamy się w rolę potworkowego szamana, którego zadaniem jest ocalić swoich małych bezbronnych przyjaciół skulonych przy jego chacie przed ciągłymi atakami różnego rodzaju plugastwa i robactwa. Jak to zrobić? Ano nasz szaman umie zmieniać drzewa znajdujące się wokół swojej chaty w różnego rodzaju wieże. Atakujący dzielą się na latające i naziemne, dlatego też powstało 7 typów towerów: Laser, Cannon, Anti-Air, Ice, Mortar , Tesla i Arrow, co jest zaspokajającą ilością. Każdy atakuje tylko określony typ przeciwników (z wyjątkiem arrow które atakuja wszystkich, za to mają małe obrażenia). Przejdźmy do samej rozrywki. Gra podzielona jest na lvl-e, na które wrzucani jesteśmy z określoną liczbą forsy i kryształków, których więcej możemy zebrać po zabiciu przeciwników, z których owe surowce wypadają. Za forsę kupujemy towery, za kryształki je ulepszamy, jednakże szaman nie jest w ciemię bity i potrafi za darmo ulepszyć tower, jednakże zajmuje mu to sporo czasu (chociaż w międzyczasie można spokojnie od niego odchodzić, ale przerwie to proces ulepszania do czasu ponownego podejścia). Grafika jest śliczna i cieszy oko, muzyka wpasowuje się w klimat, dodatkowo tryb Multiplayer... Byłem i jestem oczarowany tą grą.




18.04.2010 o godz. 15:19
Jeżeli tytuł kojarzy się wam z filmem z Nicolasem Cage'em to jesteście w błędzie. Gra nie opiera się (i całe szczęście) na filmie, tylko na komiksie. Ghost Rider to typowy arenowy slasher (jesteś wypuszczany na arenę i masz zakatować tyle przeciwników ile producentowi chciało umieszczaś się w grze) o dość płaskiej i nie najlepszej grafice, podrzędnym dźwięku (aczkolwiek wpasowanym w klimat gry) i mało wciągającym gameplayu. Ta gra jest średnia we wszystkich kategoriach. Nic nie powinno przyciągać do niej na więcej niż 10 minut. Do podratowania gry dodać można areny na których przemieszczamy się na motorze (dość toporne lvle), jednakże nie wnoszą one nic do rozgrywki. Ghost Rider jest stuprocentowo liniową i niezbyt wciągającą grą. Jedynym plusem jest to, w jaki sposób atakujemy przeciwników - wygląda to naprawdę dobrze. Sylwetka Jeźdźca też wygląda przyzwoicie. Czy warto zagrać- oceńcie sami.


Tagi: Ghost Rider
08.04.2010 o godz. 14:27
Krótkie pytanie: Masz kompleksy? Jeśli tak – nie czytaj tej recenzji. Mówię absolutnie poważnie. Shadow of the Colossus stawia ci wyzwanie – tylko ty i szesnaście gigantycznych potworów. Każdy z nich jest tysiące razy większych od ciebie. Nie przesadzam- spójrz na screeny. Team Ico (studio deweloperskie słynne z dość oryginalnych produkcji) stworzyło niemalże wyciskającą ostatnie soki z ps2 grę, w której kluczem jest znalezienie sposobu na każdego bossa. Do eksploaracji wielkiego obszaru dano nam do dyspozycji konia, zaś kolosów możemy znaleźć za pomocą miecza, który odbijając promienie słoneczne koncentruje je na kolosie którym powinniśmy się aktualnie zająć. Grafika nie powala, tak samo muzyka, jednakże wykonanie i tak jest godne podziwu. Stwierdź sam – czyż to nie emocjonujące stając oko w stopę z wielkim skurczybykiem mającym żądzę krwi w swoich betonowych oczach wielkości beczek? Podchodzi do ciebie….. Bierze zamach…. Desperacko strzelasz z łuku…. Nie żyjesz, przygnieciony przez wielką maczugę.


06.04.2010 o godz. 19:49
Jesteś hardcorem? Przeszedłeś wszystkie części Call of Duty bez utraty życia? Wszystkie gry odpalasz od razu na „Hardzie”? Ultimate Ghosts ‘n Goblins to gra stworzona dla ciebie. W duchach i goblinach wcielasz się w postać Artura, który bieży na ratunek księżniczce porwanej przez czarnoksiężnika-ducha. Wiem wiem- fabuła wałkowana miliony razy, jednakże nie o to w tej grze chodzi. Grafika jest nędzna, tak jak muzyka- ogółem what the f***? Ano ta gra opiera się na nieziemsko wysokim poziomie trudności. Przeciwnik pojawiający się znikąd, błoto które nagle zalewa całą planszę, pociski lecące ze wszystkich stron- nareszcie coś się dzieje. Grając w Ultimate ghosts ‘n goblins nieraz ciśniesz psp gdzieś w kąt i pójdziesz się wyładować. Sprawy nie ułatwiają bossowie na końcu każdego lvla (gdy zginiesz- musisz przechodzić cały stage od początku. „O nie! Znowu to!!”). Gra wydaje się krótka, jednakże gdy skakanie po tej samej platformie musisz powtórzyć kilkanaście razy, grę ukończysz w przynajmniej kilka/naście godzin. Mocna rzecz- zwłaszcza gdy Artur w swoim pokracznym chodzie po raz enty wpadnie w to samo bagno. W grze mamy do uzbierania dość mały ekwipunek, jednakże jest to bardzo miły dodatek. Polecam- ale tylko graczom o mocnych nerwach.





06.04.2010 o godz. 13:33
Gier z Sonic’iem było już na pęczki, jednakże ta część przygód niebieskiego jeża zasługuje na chwilę uwagi. Gra opiera się na formule wyścigów z jednym przeciwnikiem (4 do wyboru), na malowniczych i przyzwoicie wykonanych pod względem graficznym trasach. Po drodze co krok natykamy się na pętle, urwiska, skocznie, a także różnego rodzaju przeszkadzaj ki. Cel jest dość oczywisty- nie dopuścić do tego, by przeciwnik jako pierwszy dotarł na metę. „Fabuła” gry opiera się na dość marnych dyskusjach przed każdym wyścigiem, ale w grze nie można się na niej koncentrować (nie ma zresztą zbytnio na czym). Dźwięk i muzyka są tylko „w porządku”, chociaż kawałki w tle nie nudzą się szybko. Mała liczba tras, monotonia i nędzne dialogi czynią z tej gry typowego średniaka. Kamera i "parcie naprzód" nie poprawiają sprawy. Nie polecam.






06.04.2010 o godz. 13:13
W tej recenzji będę porównywał najnowszą odsłonę tekkena do jej poprzedniczki na psp, czyli Dark Ressurection. Jeżeli ktoś w ogólnie nie wie o co chodzi- zapraszam kilka "stron" bloga w tył. No więc zaczynam: W grze mamy dostępnych 6 nowych postaci grywalnych, i 2 bossów. Są to:
postacie: Lars, czyli postać dla wyskillowanych graczy, Alisa, czyli "imba" (delikatnie mówiąc- strasznie mocna) postać dla początkujących, strasznie tłusty i raczej nie za mocny Bob, Leo, który przypomina bardziej nastolatkę (z wyglądu i głosu), Miguel- "siłacz" kiepsko sprawdzający się w walce i Zafina- Wygimnastykowany archeolog. Tą wesołą gromadkę uzupełniają- Azael- finałowy boss Story Mode, bardzo mocny ale zarazem "walący combossami" dość bezsensownie, a także Nancy-MI847J , czyli robot z którym przyjdzie nam się zmierzyć podczas trybu arcade. Właśnie- co do trybów, to pozostały takie funkcje jak wymieniony przeze mnie wcześniej tryb story czy arcade, galeria w której możemy oglądać odblokowane już przez nas filmiki, customization czyli innymi słowy zabawa w przebieranki i ghost battle, w którym jak nazwa wskazuje walczymy z "duchami" innych graczy. Namco niczym nie zaskakuje (chyba że was- sprawdźcie sami). Grafika jest świetna, na pochwałę zasługuje wykonanie map (jak dla mnie najlepszy element całej gry). Do muzyki nie można mieć zastrzeżeń, zwłaszcza w menu głównym (nic tylko słuchać), zaś gameplay, choć nie zmienił się zbytnio, dając nam kilka-dzesiąt/set nowych ciosów wzmocnił się zdecydowanie. Każdy posiadacz psp musi to mieć!



14.03.2010 o godz. 13:18
Crash Bandicoot : Wrath of Cortex to pierwsza gra z serii Crash Bandicoot przeznaczona na konsolę PS2. Grafika nie była (i nie jest) zbyt zaawansowana, tak samo jak muzyka (chociaż wpada w ucho), za to mnogosć mini-gier (3 na 5 poziomów to jakiś "wyjątek) wspaniale urozmaica rozgrywkę. Toczenie się w przerośniętej "chomiczej" kuli, latanie samolotem i niszczenie generatorów wiatru, czy też jazda kopalnianym wagonikiem to tylko część atrakcji. Wracając do fabuły: Wszyscy wrogowie Crasha (życzący mu zagłady w męczarniach) zebrali się, by uzgodnić "co dalej z tym paskudnym lisem". Na jaw wyszła tajna broń dr. Cortexa, której postanowili użyć. Do tego celu potrzebne im było wypuszczenie duchów 5 żywiołów, co wywołało totalny chaos.

01.02.2010 o godz. 19:49
krakers
Kości?
Skąd: Krzeszowice
statystyki
  • Czas na Bloblo: 3 dni 11 godzin 42 minuty
  • Napisanych notek: 80
  • Komentował: 36 razy
  • Zebranych komentarzy: 40
  • Ostatni wpis: 22.12.10, 16:51
  • Wpis średnio co: 19 dni
  • Profil odwiedzono: 232307 razy
  • Ilość avatarów: 11
  • Ilość zdjęć: 398
  • Ilość filmów: 79
  • Ilość logowań: 150
  • Ostatnie logowanie: 22.04.11, 20:19
  • Ostatnio odwiedzili: Blondie, uho, Lady-Lullaby, zkap, Franco, Tenen, KuroNeko, kryhu, Genom02, rok
sekcja użytkownika
Kongregate logo